wtorek, 15 listopada 2011

Piractwo, Bóg i kasety wideo

Niewiele wiem o prawie autorskim. Wyczuwam jednak problem, jaki jest z legalnym rozpowszechnianiem niematerialnej własności intelektualnej. Jeszcze większy problem (i burzliwa dyskusja bez końca) pojawia się, gdy chodzi o "ważką" dla chrześcijanina (katolika) kwestię, czy "ściąganie na swój dysk muzyki, filmów itp., których się nie kupiło, to grzech", którym, rzecz jasna, katolikowi wypadałoby obarczać sumienie i z którego powinien się spowiadać.

Szukanie analogii między ściąganiem udostępnianych masowo plików a pożyczaniem książki uważam za nieco nietrafne. Biblioteki są najczęściej finansowane z publicznych pieniędzy, którym zawdzięczają swoje zasoby. Pożyczoną książkę, płytę z muzyką lub filmem trzeba też kiedyś oddać prawowitemu właścicielowi, a nie zatrzymać na wieczność.

Teraz nikt o tym nie pamięta, ale gdy w powszechnej sprzedaży pojawiały się pierwsze sprzęty nagrywające programy telewizyjne (chodzi tu głównie o magnetowidy w latach 80. ubiegłego wieku), to producenci filmowi chcieli te sprzęty zdelegalizować, bo, wiadomo, ktoś sobie film nagra na kasetę względnie tanim kosztem, następnie kasetę odstawi na półkę i odtworzy ją, kiedy zechce. Nigdy więc nie zapłaci za film w postaci oficjalnie dystrybuowanej kasety wideo. W 1984 r. firma Sony, która produkowała pierwsze ogólnodostępne magnetowidy, wygrała spór z wytwórnią filmową Universal City Studios. Sąd Najwyższy USA uznał, że nagrywanie filmów z telewizji na kasetę jest uczciwe. Późniejsze sprawy to już powtórka, choć z nieco innej rozrywki. Organizacjom walczącym z piractwem (głównie RIAA - zrzeszenie amerykańskich wydawców muzyki) udało się np. zlikwidować popularny system tzw. "wymiany plików" (P2P) "Napster". Wciąż walczą one z szerokim udostępnianiem plików w internecie. Wspomniana "wymiana plików" to termin eufemistyczny, przynajmniej w świetle prawa. Ściąganie gier itp. przez "torrenty" czy jakąkolwiek inną podobną drogą, to żaden przecież problem - nie do końca niestety uczciwy.

Nie jest oczywiście tak, że z całej fali kopiowania, kserowania, drukowania wytwórnie czy wydawnictwa absolutnie nic nie mają. Mało kto wie, że za zakup nośników kopiowanych danych (papieru ksero, płyt CD itp.) oraz urządzeń kopiujących (skanerów, kserokopiarek, drukarek) pobierana jest w Polsce tzw. "opłata reprograficzna", wynosząca zazwyczaj od 1-3% wartości brutto urządzenia lub nośnika. Obowiązek uiszczenia tej opłaty ciąży na pierwszym nabywcy, więc koszt w największym stopniu pokrywa odbiorca finalny. Ciekawy jest fakt, że w lipcu 2011 te opłaty się pozmieniały, a najważniejsza zmiana to wzrost opłaty za papier A3 i A4 - aż 1250-krotny! Jednak z... 0,001% na 1,25% :). Z tych opłat "nie szłoby wyżyć" wydawcom, gdyby zrezygnowali z praw autorskich. Urządzenia kopiujące są bardzo żywotne i mogą przerobić setki tysięcy stron lub nagrać wiele płyt zanim się zużyją. Nieco ponad 1% opłaty z mało wartej kartki papieru to kwota śmieszna. Opłaty nie są oczywiście żadnym rozwiązaniem, a raczej nieudolną próbą zadośćuczynienia "okradanym" z potencjalnych zysków twórcom. Podnoszenie tych opłat niczego dobrego oczywiście by nie dawało, nie tędy droga.

Głównym problemem przy rozwiązaniu dylematu "grzech czy nie-grzech" jest specyfika handlu własnością intelektualną. Nawet w rachunkowości sprzedanego programu komputerowego itp. nie rozlicza się w klasyczny sposób jak produkcję materialną. Po prostu mamy tu rozdźwięk między kosztami uzyskania przychodu a spodziewanymi zyskami. Dla artysty lub informatyka wyprodukowanie utworu, programu, gry etc. to spory wysiłek intelektualny, ale jednak wysiłek jednorazowy, przy którym do tego nie zużywa się zazwyczaj zbyt wielu rzeczy materialnych. Wielka hollywoodzka produkcja to już spore realne koszty, ale także jednorazowe. Wartości intelektualne nie są sprzedawane jak materialna produkcja, w przypadku której coś się zużywa lub fizycznie opuszcza magazyn. Nie są one nawet jak usługi, które się wykona i dostanie za nie zapłatę. Ktoś coś wykona raz i, jeśli jego dzieło okazało się wybitne i popularne, może z opłat za prawa autorskie utrzymywać się do końca życia, czasami nawet w luksusach i nawet dzięki pojedynczym "wybrykom artystycznym". Tu na myśl nasuwa mi się od razu J. K. Rowling.

Tutaj widzę istotę problemu. Ktoś - pojedyncza osoba lub grupa (zespół muzyczny, informatyczny, graficzny, ekipa filmowa) "wymęczy" konkretne dzieło tylko raz, ale płaci się za każdą jego kopię. Intuicyjnie tak się godzi. Z innej strony, ściągającym z internetu zapala się lampka: "Chwila moment, co ja robię złego, przecież ten koleś zarobił już tyle kasy na swoich utworach, więc go nie okradam". A jednak - formalnie autorowi należy się opłata za utwór z internetu. Czy jest to zbyt wysoka opłata - za drogie CD/DVD/Blu-ray - możemy biadolić, choć znowuż nie tak samo jak nad tym, że Pepsi jest za droga, bo zawsze możemy sobie kupić tani i naprawdę dobry substytut, czyli colę z "Biedronki". Zakupienie po niższej cenie utworów grupy grającej podobnie do "The Beatles" nie da przecież w żaden sposób choćby podobnych wrażeń, co słuchanie prawdziwych bitelsów. Choć i w kwestii praw autorskich prawo nie jest do końca jasne, to da się wskazać na jego podstawie zachowania nieuczciwe i moim zdaniem (ale dobrze na prawie się nie znam) ściąganie plików, do których nie posiadało się wcześniej żadnych praw z tytułu zakupu oryginalnego nośnika, jest łamaniem prawa. Zabawa polega jednak na tym, że przynajmniej w polskich realiach, ściganie przez państwowe organy naruszeń praw autorskich dokonanych w zaciszu domowym praktycznie nie ma miejsca - zapewne ze względu na koszty. Zwykły Kowalski wcale się więc nie boi kary za udział w "nielegalnym procederze". Osobom prowadzącym działalność gospodarczą jednak się nie odpuszcza - ZAiKS jest tu czujny.

Dobry chrześcijanin równie dobrze wie, że "Cezarowi oddajemy to, co do niego należy", podobnie Bogu :) Chodzi o to, że nie zawsze obowiązujące chrześcijan prawo jest godziwe, w pełni moralne, i trzeba go przestrzegać, co do joty. Dla przykładu: godzące w wiele wolności człowieka prawo państw totalitarnych nie jest dla chrześcijanina wiele wartym prawem, choć oczywiście tylko w tych punktach, które są "niegodziwe", bo prawo nawet takich państw, jest jednak gwarantem ładu (dlatego zabójstwo i kradzież mienia były bezwzględnie objęte karą chyba od zawsze i wszędzie).

Czy jednak chrześcijanin z "chrześcijańskich" pobudek może sobie pozwolić na "olewanie" prawa autorskiego, tzn. na jego łamanie, które nie byłoby żadnym grzechem? Dochodzimy tu do rdzenia problemu. Ekonomia sobie z nim nie poradziła. No bo jak? Wprowadzić limit zysku z konkretnego dzieła, powyżej którego byłoby ono dostępne za darmo? Bez sensu, bo masa ludzi tylko by spokojnie by czekała aż "frajerzy" wykorzystają limit albo by miała ten limit "gdzieś". Rozwiązaniem na chwilę obecną funkcjonującym (bo właściwie nie ma innego pomysłu) jest upływ czasu - korzystny z powodu praw rynku i stanowionego prawa autorskiego. Niektóre dzieła tanieją - głównie te informatyczne, a do niektórych prawa autorskie wygasają, choć musi nieraz minąć aż kilkadziesiąt lat. Smutne, ale prawdziwe: albo zatem ma się pieniądze, albo trzeba sobie poczekać. Kto jednak powiedział ludziom, że życie ma być łatwe i przyjemne? Chyba nie Bóg? ;)

Nie zawsze też wiemy, komu takiemu nie dajemy zarobić swobodnie kopiując sobie pliki, kserując książki itd. Pani Rowling sobie poradzi, ale jak poradzi sobie biedny student informatyki, który napisał przydatny dla wielu osób program, chciałby na nim zarobić, ale nic z tego nie ma, bo wersję próbną już dawno mu zhackowali i wszyscy ściągają ją na potęgę za darmo. Podobną analogię można wymyślić z jakimś prowincjonalnym muzykiem lub filmowcem. Cóż biedni mają robić dalej? Wymyślać dzieła do skutku aż "wyjdą na swoje"? Pamiętajmy także, że pieniądze z zakupionych oficjalnie dzieł nie idą tylko do kieszeni tych "pazernych" wytwórców, wydawców czy też wykonawców, ale częścią zysku muszą się oni przecież podzielić z "szarymi ludźmi" pracującymi w drukarniach czy tłoczniach płyt CD. Nie są to pewnie proporcjonalnie duże pieniądze (i tych ludzi nie ma też wielu), ale jednak są.

Na koniec jeszcze - jak ja sobie z tym przypadkiem radzę. Na chwilę obecną mam na dysku ledwie kilka plików mp3. W przypadku tych 2-3 publikacji książkowych skserowanych w całości mam poczucie, że nie było to do końca uczciwe. Jeśli ściągam jakieś filmy, to najczęściej z "klasyki kina" i na zasadzie "obejrzałem, usuwam z dysku". Wyznaję regułę, że jeśli "coś jest na świeczniku" (czyt.: w popularnym miejscu) i nikt tego nie usuwa stamtąd, to jest to jak najbardziej legalne. Dlatego słucham muzyki na YT (gdzie istnieją oficjalne kanały producentów muzycznych), czasem na Wrzucie. Na tych i podobnych serwisach można tworzyć sobie całe playlisty z ulubionymi kawałkami w ramach swojego konta. Sam dotąd tego nie robiłem, bardziej z braku ochoty niż czasu. Muzyki z przenośnego odtwarzacza mp3 nie słucham, może dlatego nie widzę większego problemu. Uważam (być może błędnie), że do danych zakupionych nie tylko przez siebie, ale i przez najbliższą rodzinę mam pełne prawo - np. mogę słuchać muzyki pochodzącej z płyt zakupionych przez rodziców.

Nie chciałbym tu zgrywać "ostatniego sprawiedliwego" i nigdy nie nazwę kolegi słuchającego z odtwarzacza muzyki, za którą nie płacił, złodziejem. Bardziej w tym problemie szukam jakiejś własnej ucieczki od postępowania relatywnego moralnie, którego nie znoszę. Tak po ludzku, nie zawsze udaje mi się "uciec", więc sam jestem wtedy "relatywny moralnie". Problem "grzechu za ściąganie plików" uważam, mimo wszystko za dość daleki w hierarchii problemów, z jakimi powinien się współcześnie zmierzyć chrześcijanin. To taki "temat rzeka", w którym, jak dotąd, zdania są podzielone.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz