piątek, 18 listopada 2011

Tom Cleverley wróci... na Święta :/

Tom Cleverley, młoda nadzieja na poprawę sytuacji Manchesteru United na środku pomocy wróci do gry dopiero w okolicach Świąt Bożego Narodzenia. Informację tę podał Sir Alex Ferguson - menedżer klubu. Powodem jest  przedłużająca się kontuzja kostki (wyjazd z Evertonem - 29 października). W poprzednim sezonie w Wigan, dokąd Tom był wypożyczony, wystąpił on w 25 spotkaniach (wszystkie ligowe). Nie miał więc tam chyba większych problemów ze zdrowiem. Jeśli nie wystąpi w barwach Czerwonych Diabłów w ogóle do Bożego Narodzenia, to w tym sezonie w lidze zagra najprawdopodobniej mniej niż zagrał u The Latics, bo jasne jest, że nie pojawi się w każdym meczu rundy rewanżowej. Na razie ma w MU tylko 5 meczów ligowych, 1 w Lidze Mistrzów i 1 o Tarczę Wspólnoty. Parę z tych paru jego występów (to rzeczywiście "bogaty" materiał do analizy) "obrosło legendą", ale żeby zagrał w 1 z tych 7 meczów jakiś mecz życia, to bym nie przesadzał.

22-letni jeszcze młodzieżowy reprezentant Anglii był w zasadzie jednym jedynym wytłumaczeniem dla Fergusona, jeśli chodzi o brak konkretnego wzmocnienia w środku pola. Niektórzy (w tym ja) dali się na to nawet nabrać. Ktoś może teraz stwierdzić, że skąd niby Szkot miał wiedzieć, że młody Anglik "się posypie"? Pewnie, nie mógł wiedzieć. Mimo wszystko uważam, że postawił wszystko na jedną kartę i się niestety przeliczył. Widać przecież było, co się działo w środku przez co najmniej ostatni sezon. Próba oparcia się na Cleverleyu nie powiodła się, podobnie jak oczekiwanie na "wielkie przebudzenie się" Andersona (do którego nigdy nie dojdzie) i dłuższe przebłyski formy Fletchera czy Carricka.

Teraz nastąpi powrót do starej, "dobrej" "jakości" na środku, czyli rotacje "demonami środka pola" w osobach Andersona, Carricka i Fletchera, z obowiązkową modlitwą, by czasami mieli jakiś pozytywny "odpał". Plus jeszcze eksperymenty z Rooneyem jako ofensywnym pomocnikiem czy Jonesem jako defensywnym pomocnikiem, które wcale nie muszą się udać. Sytuacja w pomocy United jest najdelikatniej mówiąc "mało komfortowa". Pozostaje liczyć na mocne skrzydła, choć w ostatnim czasie i one troszkę "przyhamowały" - Nani szuka formy z początku sezonu, a Young gra ostatnio także nieco słabiej niż potrafi.

wtorek, 15 listopada 2011

Piractwo, Bóg i kasety wideo

Niewiele wiem o prawie autorskim. Wyczuwam jednak problem, jaki jest z legalnym rozpowszechnianiem niematerialnej własności intelektualnej. Jeszcze większy problem (i burzliwa dyskusja bez końca) pojawia się, gdy chodzi o "ważką" dla chrześcijanina (katolika) kwestię, czy "ściąganie na swój dysk muzyki, filmów itp., których się nie kupiło, to grzech", którym, rzecz jasna, katolikowi wypadałoby obarczać sumienie i z którego powinien się spowiadać.

Szukanie analogii między ściąganiem udostępnianych masowo plików a pożyczaniem książki uważam za nieco nietrafne. Biblioteki są najczęściej finansowane z publicznych pieniędzy, którym zawdzięczają swoje zasoby. Pożyczoną książkę, płytę z muzyką lub filmem trzeba też kiedyś oddać prawowitemu właścicielowi, a nie zatrzymać na wieczność.

Teraz nikt o tym nie pamięta, ale gdy w powszechnej sprzedaży pojawiały się pierwsze sprzęty nagrywające programy telewizyjne (chodzi tu głównie o magnetowidy w latach 80. ubiegłego wieku), to producenci filmowi chcieli te sprzęty zdelegalizować, bo, wiadomo, ktoś sobie film nagra na kasetę względnie tanim kosztem, następnie kasetę odstawi na półkę i odtworzy ją, kiedy zechce. Nigdy więc nie zapłaci za film w postaci oficjalnie dystrybuowanej kasety wideo. W 1984 r. firma Sony, która produkowała pierwsze ogólnodostępne magnetowidy, wygrała spór z wytwórnią filmową Universal City Studios. Sąd Najwyższy USA uznał, że nagrywanie filmów z telewizji na kasetę jest uczciwe. Późniejsze sprawy to już powtórka, choć z nieco innej rozrywki. Organizacjom walczącym z piractwem (głównie RIAA - zrzeszenie amerykańskich wydawców muzyki) udało się np. zlikwidować popularny system tzw. "wymiany plików" (P2P) "Napster". Wciąż walczą one z szerokim udostępnianiem plików w internecie. Wspomniana "wymiana plików" to termin eufemistyczny, przynajmniej w świetle prawa. Ściąganie gier itp. przez "torrenty" czy jakąkolwiek inną podobną drogą, to żaden przecież problem - nie do końca niestety uczciwy.

Nie jest oczywiście tak, że z całej fali kopiowania, kserowania, drukowania wytwórnie czy wydawnictwa absolutnie nic nie mają. Mało kto wie, że za zakup nośników kopiowanych danych (papieru ksero, płyt CD itp.) oraz urządzeń kopiujących (skanerów, kserokopiarek, drukarek) pobierana jest w Polsce tzw. "opłata reprograficzna", wynosząca zazwyczaj od 1-3% wartości brutto urządzenia lub nośnika. Obowiązek uiszczenia tej opłaty ciąży na pierwszym nabywcy, więc koszt w największym stopniu pokrywa odbiorca finalny. Ciekawy jest fakt, że w lipcu 2011 te opłaty się pozmieniały, a najważniejsza zmiana to wzrost opłaty za papier A3 i A4 - aż 1250-krotny! Jednak z... 0,001% na 1,25% :). Z tych opłat "nie szłoby wyżyć" wydawcom, gdyby zrezygnowali z praw autorskich. Urządzenia kopiujące są bardzo żywotne i mogą przerobić setki tysięcy stron lub nagrać wiele płyt zanim się zużyją. Nieco ponad 1% opłaty z mało wartej kartki papieru to kwota śmieszna. Opłaty nie są oczywiście żadnym rozwiązaniem, a raczej nieudolną próbą zadośćuczynienia "okradanym" z potencjalnych zysków twórcom. Podnoszenie tych opłat niczego dobrego oczywiście by nie dawało, nie tędy droga.

Głównym problemem przy rozwiązaniu dylematu "grzech czy nie-grzech" jest specyfika handlu własnością intelektualną. Nawet w rachunkowości sprzedanego programu komputerowego itp. nie rozlicza się w klasyczny sposób jak produkcję materialną. Po prostu mamy tu rozdźwięk między kosztami uzyskania przychodu a spodziewanymi zyskami. Dla artysty lub informatyka wyprodukowanie utworu, programu, gry etc. to spory wysiłek intelektualny, ale jednak wysiłek jednorazowy, przy którym do tego nie zużywa się zazwyczaj zbyt wielu rzeczy materialnych. Wielka hollywoodzka produkcja to już spore realne koszty, ale także jednorazowe. Wartości intelektualne nie są sprzedawane jak materialna produkcja, w przypadku której coś się zużywa lub fizycznie opuszcza magazyn. Nie są one nawet jak usługi, które się wykona i dostanie za nie zapłatę. Ktoś coś wykona raz i, jeśli jego dzieło okazało się wybitne i popularne, może z opłat za prawa autorskie utrzymywać się do końca życia, czasami nawet w luksusach i nawet dzięki pojedynczym "wybrykom artystycznym". Tu na myśl nasuwa mi się od razu J. K. Rowling.

Tutaj widzę istotę problemu. Ktoś - pojedyncza osoba lub grupa (zespół muzyczny, informatyczny, graficzny, ekipa filmowa) "wymęczy" konkretne dzieło tylko raz, ale płaci się za każdą jego kopię. Intuicyjnie tak się godzi. Z innej strony, ściągającym z internetu zapala się lampka: "Chwila moment, co ja robię złego, przecież ten koleś zarobił już tyle kasy na swoich utworach, więc go nie okradam". A jednak - formalnie autorowi należy się opłata za utwór z internetu. Czy jest to zbyt wysoka opłata - za drogie CD/DVD/Blu-ray - możemy biadolić, choć znowuż nie tak samo jak nad tym, że Pepsi jest za droga, bo zawsze możemy sobie kupić tani i naprawdę dobry substytut, czyli colę z "Biedronki". Zakupienie po niższej cenie utworów grupy grającej podobnie do "The Beatles" nie da przecież w żaden sposób choćby podobnych wrażeń, co słuchanie prawdziwych bitelsów. Choć i w kwestii praw autorskich prawo nie jest do końca jasne, to da się wskazać na jego podstawie zachowania nieuczciwe i moim zdaniem (ale dobrze na prawie się nie znam) ściąganie plików, do których nie posiadało się wcześniej żadnych praw z tytułu zakupu oryginalnego nośnika, jest łamaniem prawa. Zabawa polega jednak na tym, że przynajmniej w polskich realiach, ściganie przez państwowe organy naruszeń praw autorskich dokonanych w zaciszu domowym praktycznie nie ma miejsca - zapewne ze względu na koszty. Zwykły Kowalski wcale się więc nie boi kary za udział w "nielegalnym procederze". Osobom prowadzącym działalność gospodarczą jednak się nie odpuszcza - ZAiKS jest tu czujny.

Dobry chrześcijanin równie dobrze wie, że "Cezarowi oddajemy to, co do niego należy", podobnie Bogu :) Chodzi o to, że nie zawsze obowiązujące chrześcijan prawo jest godziwe, w pełni moralne, i trzeba go przestrzegać, co do joty. Dla przykładu: godzące w wiele wolności człowieka prawo państw totalitarnych nie jest dla chrześcijanina wiele wartym prawem, choć oczywiście tylko w tych punktach, które są "niegodziwe", bo prawo nawet takich państw, jest jednak gwarantem ładu (dlatego zabójstwo i kradzież mienia były bezwzględnie objęte karą chyba od zawsze i wszędzie).

Czy jednak chrześcijanin z "chrześcijańskich" pobudek może sobie pozwolić na "olewanie" prawa autorskiego, tzn. na jego łamanie, które nie byłoby żadnym grzechem? Dochodzimy tu do rdzenia problemu. Ekonomia sobie z nim nie poradziła. No bo jak? Wprowadzić limit zysku z konkretnego dzieła, powyżej którego byłoby ono dostępne za darmo? Bez sensu, bo masa ludzi tylko by spokojnie by czekała aż "frajerzy" wykorzystają limit albo by miała ten limit "gdzieś". Rozwiązaniem na chwilę obecną funkcjonującym (bo właściwie nie ma innego pomysłu) jest upływ czasu - korzystny z powodu praw rynku i stanowionego prawa autorskiego. Niektóre dzieła tanieją - głównie te informatyczne, a do niektórych prawa autorskie wygasają, choć musi nieraz minąć aż kilkadziesiąt lat. Smutne, ale prawdziwe: albo zatem ma się pieniądze, albo trzeba sobie poczekać. Kto jednak powiedział ludziom, że życie ma być łatwe i przyjemne? Chyba nie Bóg? ;)

Nie zawsze też wiemy, komu takiemu nie dajemy zarobić swobodnie kopiując sobie pliki, kserując książki itd. Pani Rowling sobie poradzi, ale jak poradzi sobie biedny student informatyki, który napisał przydatny dla wielu osób program, chciałby na nim zarobić, ale nic z tego nie ma, bo wersję próbną już dawno mu zhackowali i wszyscy ściągają ją na potęgę za darmo. Podobną analogię można wymyślić z jakimś prowincjonalnym muzykiem lub filmowcem. Cóż biedni mają robić dalej? Wymyślać dzieła do skutku aż "wyjdą na swoje"? Pamiętajmy także, że pieniądze z zakupionych oficjalnie dzieł nie idą tylko do kieszeni tych "pazernych" wytwórców, wydawców czy też wykonawców, ale częścią zysku muszą się oni przecież podzielić z "szarymi ludźmi" pracującymi w drukarniach czy tłoczniach płyt CD. Nie są to pewnie proporcjonalnie duże pieniądze (i tych ludzi nie ma też wielu), ale jednak są.

Na koniec jeszcze - jak ja sobie z tym przypadkiem radzę. Na chwilę obecną mam na dysku ledwie kilka plików mp3. W przypadku tych 2-3 publikacji książkowych skserowanych w całości mam poczucie, że nie było to do końca uczciwe. Jeśli ściągam jakieś filmy, to najczęściej z "klasyki kina" i na zasadzie "obejrzałem, usuwam z dysku". Wyznaję regułę, że jeśli "coś jest na świeczniku" (czyt.: w popularnym miejscu) i nikt tego nie usuwa stamtąd, to jest to jak najbardziej legalne. Dlatego słucham muzyki na YT (gdzie istnieją oficjalne kanały producentów muzycznych), czasem na Wrzucie. Na tych i podobnych serwisach można tworzyć sobie całe playlisty z ulubionymi kawałkami w ramach swojego konta. Sam dotąd tego nie robiłem, bardziej z braku ochoty niż czasu. Muzyki z przenośnego odtwarzacza mp3 nie słucham, może dlatego nie widzę większego problemu. Uważam (być może błędnie), że do danych zakupionych nie tylko przez siebie, ale i przez najbliższą rodzinę mam pełne prawo - np. mogę słuchać muzyki pochodzącej z płyt zakupionych przez rodziców.

Nie chciałbym tu zgrywać "ostatniego sprawiedliwego" i nigdy nie nazwę kolegi słuchającego z odtwarzacza muzyki, za którą nie płacił, złodziejem. Bardziej w tym problemie szukam jakiejś własnej ucieczki od postępowania relatywnego moralnie, którego nie znoszę. Tak po ludzku, nie zawsze udaje mi się "uciec", więc sam jestem wtedy "relatywny moralnie". Problem "grzechu za ściąganie plików" uważam, mimo wszystko za dość daleki w hierarchii problemów, z jakimi powinien się współcześnie zmierzyć chrześcijanin. To taki "temat rzeka", w którym, jak dotąd, zdania są podzielone.

wtorek, 8 listopada 2011

Cejrowski a filologia rosyjska

"Wolałbym, żeby na filologii rosyjskiej studiowali sami debile". Cejrowski prostuje.

Wojciech Cejrowski będąc gościem popularnego obecnie na YT serii "Matura to Bzdura" stwierdził (w dużym skrócie, szczegóły wypowiedzi w linku), że filologię rosyjską powinni studiować debile. Wszak Rosja to odwieczny wróg, z którym należy walczyć po wsze czasy, a nie zajmować się czymkolwiek, co z Rosją ma cokolwiek wspólnego.

Dla W.C. Rosja to wróg, a "wróg to wróg". Tylko co z tego wynika? Wg Słownika Języka Polskiego PWN (jedna z definicji):
wróg - «człowiek nieprzyjaźnie usposobiony wobec kogoś».
Cejrowski definiuje Rosję "jako wielowiekowego wroga". I tu pytanie: "Rosja", czyli kto? Każdy jeden człowiek z obywatelstwem rosyjskim, a może urodzony na terenie Rosji lub mówiący po rosyjsku, lub kilka z wymienionych itp.? Bo mnie się wydaje, że jeśli już mamy być wrodzy w stosunku do czegoś, co ogólnie nazywa się Rosją, to jest to powiedzmy, że szeroko, nie wąsko, pojęta władza rosyjska - od prezydenta (dawniej cara) po rosyjskie, oligarchiczne grupy interesu. 

Tutaj też sytuacja nie jest jednoznaczna. Tzn. dla polskiej narodowej prawicy jest - Rosja (z jej władzą na czele) ma wszelkie cechy wroga Polski zgodnie z definicją. Rosja wg nich chce tak jak kiedyś, tak i dziś, Polskę i Polaków wykończyć finansowo, potem etnicznie, a na końcu wypowiedzieć Polsce wojnę i zająć jej terytorium. Dlatego na taką Rosję trzeba się konsekwentnie zbroić, by to Polacy wypowiedzieli jej pierwsi wojnę i tę wojnę wygrali (choćby z końmi na czołgi). 

Według bardziej realistycznego punktu wiedzenia Rosja wcale nie musi być naszym arcywrogiem. Ma owszem swoje, często sprzeczne z naszymi interesy, jest potężnym gospodarczo i politycznie graczem. Rosja te swoje cele realizuje. Dla nas to szkodliwe, a dla rosyjskich możnowładców, pożyteczne. Cóż, tak się historia ułożyła, ale wobec Rosji przecież "wyżej wała nie podskoczymy".

Kolejna sprawa, Cejrowski się sam pogubił w swoim rozumowaniu. Język wroga trzeba znać, czyli filolodzy rosyjscy są potrzebni. Np. jako szpiedzy gospodarczy czy też szpiedzy na potencjalnej wojnie z Rosją (ku uciesze Cejrowskiego) albo nauczyciele dla szpiegów, ambasadorów, agentów wywiadu. Zresztą nie tylko w Rosji wiele osób mówi po rosyjsku, więc możemy sobie zawsze zrobić wypad na jakiegoś innego wroga z tego kręgu językowego, np. Białoruś. Poznawanie zaś literatury rosyjskiej też jest pożyteczne, bo pomaga wniknąć w mentalność wroga. Cejrowski popełnił więc błąd nie dostrzegając żadnych pożytków (wg jego filozofii życiowej) ze studiowania filologii rosyjskiej.

Gdyby Cejrowski podjął temat studiów w Polsce tylko ogólnie, to bym się zgodził z nim w całej rozciągłości, a tak to niepotrzebnie się on wygłupił. Nie każdy musi przecież studiować, są kierunki przesycone, na które nie będzie popytu na rynku. Być może filologia lub literatura rosyjska jest takim kierunkiem, ale też jest całe mnóstwo innych. Ludzi, którzy je świadomie wybierają nie nazwałbym jednak debilami (jakież to chrześcijańskie), a raczej naiwniakami, którzy nie wiadomo, na co liczą, jeśli chcą pracować w zawodzie, na który zupełnie nie ma zapotrzebowania. Chyba że wybierają nieświadomie, ale zazwyczaj każdy nieświadomy wybór jest głupotą.

Nawet mało wydolny rynek jednak taką "nadprodukcję" wykształconych w zbędnym kierunku zweryfikuje albo przez bezrobocie, albo przez konieczność przekwalfikowania się. Na pewno winny jest temu zły system edukacji wyższej i średniej edukacji technicznej. Niech ktoś spróbuje sobie znaleźć dobrego fachowca do remontu mieszkania. Jest ich mało, a na tych dostępnych terminy trzeba rezerwować nawet z rocznym wyprzedzeniem. Tak nie powinno być, ale nie tylko niedoszli filolodzy rosyjscy powinni rozważać szkolenie się w kierunkach, na które jest duży popyt. 

Boniecki - problem tylko dla niewierzących

Ostatnio media "elektryzuje" sprawa ks. Adama Bonieckiego. Były generał zgromadzenia zakonnego księży marianów oraz honorowy już redaktor "Tygodnika Powszechnego" otrzymał od swojego aktualnego przełożonego zakaz publicznych wypowiedzi. Jest to zakaz czasowy (miesięczny) i nie całkowity, bo w "TP" może wciąż swobodnie pisać. Czym się mógł motywować przełożony ks. Bonieckiego? Najprawdopodobniej uznał, że były naczelny "TP" przekroczył granice swoimi licznymi ostatnio wypowiedziami m.in. do telewizyjnych mediów. Jako katolicki ksiądz, Boniecki nie widział żadnych problemów z występem jako jurora w show na TVP 2 człowieka, który identyfikuje się z satanizmem. Dostrzegał nawet pozytywne strony takiego obrotu spraw. Czarę goryczy przelała chyba ostatnia przed zakazem wypowiedź, w której kapłan wskazywał na pożytki z pojawienia się w Sejmie Ruchu Palikota.

Czy przełożony marianów miał rację podejmując taką decyzję? To już inny wymiar dyskusji. Chciałbym przejść do reakcji, czyli do "świętego oburzenia" jakże "bogobojnych" przedstawicieli mediów oraz polityki. Wymieńmy dla przykładu Monikę Olejnik i Tomasza Lisa, ale także... Joannę Senyszyn i Magdalenę Środę. Daj Boże, żeby ich solidarność z ks. Bonieckim wynikała z troski o Kościół, jeśli są jego członkami. Jeśli zaś nie są (co w paru przypadkach jest mocno prawdopodobne), to co ich obchodzą sprawy wewnętrzne obcej im organizacji? Mnie by obchodziły dokładnie tak samo jak hipotetyczna kwestia pozbawienia kogoś, zgodnie ze statutem, członkostwa w Związku Miłośników Czeskiej Marynarki Wojennej.

Kościół Rzymskokatolicki jak większość organizacji religijnych jest dobrowolny dla każdego dorosłego obywatela. Ks. Boniecki pozostał w dorosłości członkiem Kościoła z własnej woli. Równie dobrowolnie wstąpił do seminarium duchownego, został kapłanem w zgromadzeniu marianów akceptując przy tym regułę zakonną ze ślubami posłuszeństwa włącznie. Argument, że mógł nie znać wszystkich zasad panujących na różnych "szczeblach" organizacji, do której wstępuje, jest z góry chybiony. "Nieznajomość prawa szkodzi" - to uniwersalna i podstawowa reguła jakiegokolwiek porządku prawnego, a prawo kościelne i zakonne jest dość dobrze skodyfikowane.

Innymi słowy, ks. Boniecki jak każdy inny członek wspólnoty kapłańskiej wiedział, w co wchodzi. Zakładam, że był "spełna" rozumu przy podejmowaniu życiowych (duchowych jak kto woli) decyzji. Gdyby nie był, to prawo kościelne nie jest tu bezlitosne, po prostu formalnie nie byłby kapłanem lub zakonnikiem (święcenia przyjęte pod przymusem lub nieświadomie nigdy nie są ważne).

Ks. Boniecki jako osoba wierząca w Boga objawionego w Kościele Katolickim zgodnie ze swoim stanem zakonnym musi akceptować decyzję przełożonych w ramach bezwzględnego posłuszeństwa. Takie posłuszeństwo jest odczytywane jako posłuszeństwo samemu Bogu, według Jego woli. Nawet wtedy, gdy nakazy przełożonego wydają się jawnie niesprawiedliwe, to ks. Boniecki powinien wierzyć, że Bóg i tak znajdzie drogę i wyprowadzi z tego dobro. Dokładnie tak samo jak powinien wierzyć w to ks. Natanek (swoją drogą mniej lub bardziej formalny komitet obrony tego kapłana jak dotąd nie powstał, domyślam się dlaczego - bo to nie "nasz oszołom").

Ks. Boniecki powinien wierzyć jako katolik w Boga, katolickie dogmaty i znać konsekwencje takiej wiary, czyli w jego sytuacji m.in. posłuszeństwo przełożonym. Ale przecież nikt mu bezwzględnie nie każe wierzyć! W tych czasach nikt, z mocy jakiegokolwiek obowiązującego prawa, nie zabije go za apostazję, nie pozbawi wolności, nie każe mu płacić grzywny. Może w każdym momencie wypowiedzieć posłuszeństwo i oczywiście liczyć się ze skutkami takiego czynu, które zapewne zna. Potem może zostać ateistą lub dołączyć do takiego związku wyznaniowego, gdzie będzie sobie wyznawał jakiegoś boga i nie będzie musiał być bezwzględnie posłuszny komukolwiek. Może też sobie zarejestrować swój związek wyznaniowy i nie mieć nikogo nad sobą. Wygląda na to, że taki związek miałby wielu chętnych do członkostwa.

Czy ktoś wobec tego związał ks. Bonieckiemu ręce? Spacyfikował go, zniewolił i pozostawił w sytuacji bez wyjścia? Nie, nie, nie! Droga wolna, w każdym kierunku - zarówno dla niego jak i dla jego komitetu poparcia. Ks. Boniecki na taki komitet nie zasłużył. Do tej pory był względnie wyważonym w słowach kapłanem z tzw. "nurtu liberalnego". "Na starość" jednak zaczął coraz bardziej błądzić po obrzeżach nauki Kościoła, a nawet poza nie wykraczać. Stąd ta nie aż tak przecież dotkliwa kara. Miejmy nadzieję, że będzie ona dla niego dobrą lekcją pokory oraz akceptowania Bożej woli.

czwartek, 16 czerwca 2011

Z alkoholem i bez niego

Większość Polaków, większość ludzi w ogóle wie jak działa alkohol, dokładnie tak samo jak wie, dlaczego palenie papierosów znacznie zwiększa ryzyko raka, a narkotyki doprowadzają do zabójczego uzależnienia. Wiemy jak działa alkohol w normalnej dawce, wiemy jak działa alkohol nadużywany.

Tylko co z tego? W Europie wschodniej "towarzyski przymus picia" jest, jeśli użyję dobrego terminu, takim elementem "kodu kulturowego", czyli czymś, czego się nie zmieni choćby nie wiadomo jak wałkować temat. Jest to tak silnie wdrukowane w kulturę i w zachowania się zbiorowości, że nie ma znaczenia to, czy ktoś jest katolikiem czy ateistą. Nawet do katolickich ruchów abstynenckich ludzie nie zawsze wstępują z uśmiechem na twarzy albo starają się unikać takiego członkostwa.

Powiem wprost, nie widzę praktycznie żadnej perspektywy, jeśli chodzi o zmianę sposobu myślenia o alkoholu w naszym kręgu kulturowym. Alkohol od wieków jest dobrem ogólnie dostępnym, jedyną granicą jest tu w zasadzie wiek. Nikt nie ograniczy jego sprzedaży bardziej niż to jest obecnie. Prohibicja? W USA zakończyła się kompromitacją. W Europie obecnie za nic by nie przeszła. Owszem można przekonywać ludzi, by przerzucali się na mniej procentowe trunki (taką tendencję obserwuje się w Polsce w ostatnich latach), których spożycie będą kończyć na subiektywnej granicy "trzeźwej oceny sytuacji" - 2-4 piw lub lampek wina. Tylko czy zawsze się na takiej granicy kończą imprezy? Oczywiście, prawie nigdy i nie sądzę, by kiedykolwiek można by było doprowadzić do takiej sytuacji na szerszą skalę. Ostatecznie każdy ma swój rozum. Gdy go regularnie traci, wpada w uzależnienie, ale to inny temat. Przy okazji, jedynym skutecznym leczeniem tego uzależnienia jest całkowite zrezygnowanie z picia.

Nie trzeba być jednak niewolnikiem kultury w każdym jej wymiarze. Z jej więzów można się wyrwać przy odpowiednim nonkonformistycznym nastawieniu i silnej motywacji. Pełna abstynencja nie jest przecież szkodliwa ani społecznie, ani zdrowotnie. Trzeba jednak się liczyć ze zderzeniem z kulturową ścianą. Bezalkoholowe wesele może sprawić, że "młoda para" na starcie nowego życia otrzyma od obu zaproszonych rodzin łatkę dziwaków. A zresztą, na bezalkoholowe wesele goście i tak przyjdą z własną wódką. Mocny dowód na siłę kultury.
Abstynent na imprezie integracyjnej w firmie, i to w okresie próbnym?  W tej firmie więc prawdopodobnie długo nie popracuje. Takie przypadki się zdarzają.

Abstynentów nie uważałbym jednak za jakąś subkulturę lub margines. Nie jest ich chyba tak mało, jakby się mogło wydawać. Często są oni w swojej decyzji sobą, czują się z nią dobrze nie ulegając prądowi, a płynąc pod prąd, bo takie płynięcie nie przynosi żadnych szkód, a jest nawet korzystne. Wypada tylko ubolewać, że "prąd kulturowy" często nie szanuje decyzji o dobrowolnej abstynencji. Dzięki niej zaś można np. zaoszczędzić pieniądze, a na życie zawsze się będzie patrzyło trzeźwo przez 24 godziny na dobę.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Jan Paweł II - święty jak (aż) każdy inny święty

Dziennikarka lewicowego bądź co bądź "New York Timesa"  zaatakowała w swoim felietonie osobę Jana Pawła II na kilka dni przed jego beatyfikacją. Maureen Dowd wyciągnęła Wielkiemu Polakowi z życiorysu sprawy rzekomej bierności wobec skandali pedofilskich wśród księży katolickich, w tym także bardzo nieprzyjemną sprawę ks. Marciala M. Degollado.

Nie weryfikuję tych treści z amerykańskiego dziennika. Moim zdaniem, te sprawy owszem miały miejsce, ale są przez nieżyczliwe Kościołowi media zwyczajnie wyolbrzymiane. Zapewne w tekstach "NYT" jest dużo złej woli, zakłamania i fałszu, ale nie idźmy też w drugą stronę! Ja wiem, że o zmarłych się źle nie mówi itd. Wymieniajmy całe mnóstwo dobrych czynów i działań JP2. Ich, jak to w każdej hagiografii, jest miażdżąca ilość. Nie próbujmy jednak udawać, że JP2 nie popełniał błędów, nie miał absolutnie żadnych grzechów, także tych "zewnętrznych". Był świętym, ale tylko człowiekiem, nie był Bogiem-Jezusem, nie był jak Niepokalanie Poczęta Maria.

Czy jakby teraz toczyłyby się np. hipotetycznie procesy beatyfikacyjne Szymona Piotra, Pawła z Tarsu, Franciszka z Asyżu, to mielibyśmy po prostu przemilczeć mniej chlubne momenty w ich życiu, tak jakby ich w ogóle nie było? A przecież są integralną częścią ich hagiografii i pokazują człowieczeństwo w całości, tzn. z grzechem, który jest niestety rzeczywistością nie do uniknięcia.

Mam wrażenie (być może już skrzywione), że trochę za bardzo "przylukrowaliśmy" naszego Papieża-Polaka i to mimo tego, że jako Polacy mamy do takiego "lukrowania" jakieś tam większe prawo. Jednakże aż bałbym się wyjść na ulicę między zwykłych ludzi z sondażowym pytaniem: "Czy JP2 nie popełnił w swoim  życiu grzechu?" Dochodzi też do tego, że wybitni teologowie każdy jeden "dwuznaczny" czyn (a przecież na palcach je policzyć!) JP2 próbują wytłumaczyć na jego korzyść. Czy to jest potrzebne? Czy konieczne jest robienie Drogi Krzyżowej, gdzie w rozważaniach jest więcej JP2 niż Jezusa? Czy naprawdę katolickie wydawnictwa muszą wydawać aż tyle pozycji na temat naszego Papieża, z których część to obiektywnie patrząc - gnioty?

Zatraciliśmy proporcje i momentami wylewa się z tej beatyfikacyjnej otoczki najzwyklejszy kicz.  A sam JP2 w Niebie pewnie by sobie rozmyślał, że były pewne rzeczy, które zrobił źle albo których nigdy nie powinien był zrobić. Ale w Niebie, gdzie jest się przy Bogu, o takich rzeczach się nie myśli, bo i po co? :)

niedziela, 24 kwietnia 2011

Pierwsza notka

Czy trzeba w pierwszej notce koniecznie napisać o czym będzie ten blog? Chyba nie. Wstępy tworzy się dopiero po napisaniu całości. Kiedy powstanie "całość" tego bloga - nie wiadomo. Kiedyś na pewno. Będę starał się tutaj przelać to, czym żyję, czym się interesuję, co mnie zaciekawiło, a czym się chciałbym publicznie podzielić. Będzie to refleksja na tematy być może różne, a być może refleksja monotonna.

Jeszcze na wstępie o mnie: mężczyzna, mam 22 lata, studiuję w Warszawie, Polak, katolik.

Zaczynamy! ;)