Wojciech Cejrowski będąc gościem popularnego obecnie na YT serii "Matura to Bzdura" stwierdził (w dużym skrócie, szczegóły wypowiedzi w linku), że filologię rosyjską powinni studiować debile. Wszak Rosja to odwieczny wróg, z którym należy walczyć po wsze czasy, a nie zajmować się czymkolwiek, co z Rosją ma cokolwiek wspólnego.
Dla W.C. Rosja to wróg, a "wróg to wróg". Tylko co z tego wynika? Wg Słownika Języka Polskiego PWN (jedna z definicji):
wróg - «człowiek nieprzyjaźnie usposobiony wobec kogoś».
Cejrowski definiuje Rosję "jako wielowiekowego wroga". I tu pytanie: "Rosja", czyli kto? Każdy jeden człowiek z obywatelstwem rosyjskim, a może urodzony na terenie Rosji lub mówiący po rosyjsku, lub kilka z wymienionych itp.? Bo mnie się wydaje, że jeśli już mamy być wrodzy w stosunku do czegoś, co ogólnie nazywa się Rosją, to jest to powiedzmy, że szeroko, nie wąsko, pojęta władza rosyjska - od prezydenta (dawniej cara) po rosyjskie, oligarchiczne grupy interesu.
Tutaj też sytuacja nie jest jednoznaczna. Tzn. dla polskiej narodowej prawicy jest - Rosja (z jej władzą na czele) ma wszelkie cechy wroga Polski zgodnie z definicją. Rosja wg nich chce tak jak kiedyś, tak i dziś, Polskę i Polaków wykończyć finansowo, potem etnicznie, a na końcu wypowiedzieć Polsce wojnę i zająć jej terytorium. Dlatego na taką Rosję trzeba się konsekwentnie zbroić, by to Polacy wypowiedzieli jej pierwsi wojnę i tę wojnę wygrali (choćby z końmi na czołgi).
Według bardziej realistycznego punktu wiedzenia Rosja wcale nie musi być naszym arcywrogiem. Ma owszem swoje, często sprzeczne z naszymi interesy, jest potężnym gospodarczo i politycznie graczem. Rosja te swoje cele realizuje. Dla nas to szkodliwe, a dla rosyjskich możnowładców, pożyteczne. Cóż, tak się historia ułożyła, ale wobec Rosji przecież "wyżej wała nie podskoczymy".
Kolejna sprawa, Cejrowski się sam pogubił w swoim rozumowaniu. Język wroga trzeba znać, czyli filolodzy rosyjscy są potrzebni. Np. jako szpiedzy gospodarczy czy też szpiedzy na potencjalnej wojnie z Rosją (ku uciesze Cejrowskiego) albo nauczyciele dla szpiegów, ambasadorów, agentów wywiadu. Zresztą nie tylko w Rosji wiele osób mówi po rosyjsku, więc możemy sobie zawsze zrobić wypad na jakiegoś innego wroga z tego kręgu językowego, np. Białoruś. Poznawanie zaś literatury rosyjskiej też jest pożyteczne, bo pomaga wniknąć w mentalność wroga. Cejrowski popełnił więc błąd nie dostrzegając żadnych pożytków (wg jego filozofii życiowej) ze studiowania filologii rosyjskiej.
Gdyby Cejrowski podjął temat studiów w Polsce tylko ogólnie, to bym się zgodził z nim w całej rozciągłości, a tak to niepotrzebnie się on wygłupił. Nie każdy musi przecież studiować, są kierunki przesycone, na które nie będzie popytu na rynku. Być może filologia lub literatura rosyjska jest takim kierunkiem, ale też jest całe mnóstwo innych. Ludzi, którzy je świadomie wybierają nie nazwałbym jednak debilami (jakież to chrześcijańskie), a raczej naiwniakami, którzy nie wiadomo, na co liczą, jeśli chcą pracować w zawodzie, na który zupełnie nie ma zapotrzebowania. Chyba że wybierają nieświadomie, ale zazwyczaj każdy nieświadomy wybór jest głupotą.
Nawet mało wydolny rynek jednak taką "nadprodukcję" wykształconych w zbędnym kierunku zweryfikuje albo przez bezrobocie, albo przez konieczność przekwalfikowania się. Na pewno winny jest temu zły system edukacji wyższej i średniej edukacji technicznej. Niech ktoś spróbuje sobie znaleźć dobrego fachowca do remontu mieszkania. Jest ich mało, a na tych dostępnych terminy trzeba rezerwować nawet z rocznym wyprzedzeniem. Tak nie powinno być, ale nie tylko niedoszli filolodzy rosyjscy powinni rozważać szkolenie się w kierunkach, na które jest duży popyt.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz